Nie, żebym tłumaczyła się publicznie, dlaczego w pracy używam „kurwy” zamiast przecinka i dlaczego trudno zrozumieć treść zasadniczą w ciągu inwektyw które wypluwam. Pomijając temat światła (o tym chyba napiszę całą książkę), rozchodzi się bowiem o ciężką przypadłość, która dopada mnie regularnie, tuż po przekroczeniu drzwi klubu czy innej hali.

Chodzi tu o zjawisko wykorzystywane nagminnie przez przedmioty, tudzież w nielicznych wypadkach także osoby, celem wprowadzenia mnie w zły nastrój (potocznie zwany wkurwem) i wyprowadzenia z równowagi. Teorii spiskowych mam kilka: w odwróconej wersji „Stairway to Heaven” zespołu Led Zeppelin można usłyszeć menu chińskiej restauracji, w szpitalach wszczepia się ludziom czipy, które wywołują rozwolnienie zaś David Bowie żyje i ma się dobrze.

Jednak najwięcej przykładów (dotyczących bezpośrednio mojej osoby) wiąże się z moją pracą. Jestem pewna, że komuś cholernie zależy żeby zrujnować mi do końca (i tak mocno nadwątlone) zdrowie psychiczne i pozbawić mnie możliwości fotografowania koncertów.

Oto wybrane:

Bateria. Ta zawsze zdycha w momencie kiedy Artysta po półtoragodzinnym staniu w jednej pozycji, niczym żona Lota, dostaje nagłego ataku spawacza i postanawia poskakać. Żywotność (nawet naładowanej po brzegi baterii) jest zawsze odwrotnie proporcjonalna do szybkości zmian między położeniem początkowym a końcowym Artysty przebywającego na scenie. I nie ma bata, żebym w takim przypadku nie musiała jej wymienić. Jestem przekonana, że Sony specjalnie w moich bateriach umieściło czujnik ruchu, powodujący jej natychmiastowe rozładowanie w ściśle określonym momencie sztuki. Podkreślam bateriach, bo mam ich kilka a jeśli mało zależy mi na zdjęciach lub koncert tak po prostu jest z dupy, praktycznie nie wykazują zużycia.

Karty pamięci. Służą wyłącznie do zgubienia w torebce. Kończą się zawsze w połowie perkusyjnego solo ale tylko wtedy gdy garowy jest ważny a zdjecia mają iść do druku w Magazynie Perkusista. W innych przypadkach mają nieograniczoną pojemność i nigdy się nie kończą. Dodatkową zaletą kart (oprócz natychmiastowego ewakuowania się w torbie z zasięgu wzroku) są kruchość i łamliwość przy wyjmowaniu a także umiejętność obracania się we wszystkie możliwe strony (poza tą właściwą) przy próbie umieszczenia ich w body.

Kolejną rzeczą skłaniającą mnie do niecenzuralnego słowotoku bądź wręcz użycia siły fizycznej jest plecak (choć w zasadzie największy ból dupy mam o zamki). Zamek zacina mi się bowiem jedyne przy próbie wyjęcia dodatkowego obiektywu w fosie. I tylko i wyłącznie podczas koncertów na których mogę wykonywać zdjecia przez pierwsze trzy utwory. W innych wypadkach rozpina się … sam. Najczęściej gdy próbuje przejść przez przez środek mosha,  bo wtedy cały sprzęt ma szansę spektakularnie pocałować beton. Tu podejrzewam celowe zamontowanie przez producenta urządzeń typu otwórz-zamknij wraz z inteligentnym czujnikiem wykrywania sytuacji.

Sprzęt na scenie – temat rzeka. Mikrofony sprzysięgają się przeciwko mnie i celowo zasłaniają twarz Artysty w momentach kiedy jest doskonałe światło. To samo dotyczy statywów, które mają parcie na szkło i zawsze pchają się w kadr. Statywy jak się uprą potrafią zasłonić nawet nieśpiewającego gitarzystę, pojawiają się i znikają w kadrze w zależności od natężenia światła i miejsca przebywania mojej skromnej osoby.

Kolejną kategorią jest epicki już klimatyzator w krakowskim Kwadracie. Ten doczekał się już sporej rzeszy wiernych fanów na FB i domaga się oddzielnej kategorii wpisów.

Perkusja. Podejrzewam, że poza funkcją grania, posiada możliwość automatycznej regulacji położenia talerzy. Talerz stara się zawsze całkowicie zasłonić twarz bębniarza, nawet jeśli w/w siedzi wyprostowany jak struna. Talerze wykrywają również natężenie światła – im lepsze jest światło, tym skuteczniej osłaniają grającego. Do tego dochodzi bezprzewodowe połączenie z kartą pamięci w moim aparacie (patrz wyżej). Nie mam pojęcia czemu Pearl, Zildjian, Paiste czy inny Sabian produkuje te cholerne czujniki i czy dotyczy to tylko mnie, czy mają wybranych fotografów, którym rujnują kariery.

Drabina. Budowa drabiny jest prosta. Składa się ona z dwóch długich badyli i 6 mniejszych kijów. Badyle są w pionie a kije w poziomie. Moja jest plastikowa, zakupiona na Castoramie. Podobno takie są najlepsze. Wytrzymują nawet wybuchy bomb jądrowych oraz są odporne na korniki. Poza oczywistą funkcją kontroli trzeźwości i pamięci („dziś byłam z pieskiem, czy bez pieska”) moja drabina posiada funkcję samoczynnego gubienia się w klubie. Zostawiam ją zawsze w jednym miejscu a znajduję 100 metrów dalej i z reguły 2/3 koncertu spędzam na jej szukaniu. Ostatecznie kiedy udaje mi się ją zlokalizować, zawsze brakuje jednego szczebla, albo dziwnym zbiegiem okoliczności szczebel jest w innym miejscu niż był poprzednio. Często bywa również, że po kilku fotografowanych utworach okazuje się że to nie moja drabina.

Statyw (a w zasadzie monopod). Kupiłam go do obrony przed Starożytnymi Kosmitami. Każdy statyw (czasem występują mutacje) to potwór pożerający czas potrzebny na ustawienie go w pionie. Sądziłam, że taki upośledzony, z jedną kończyną, stawia się szybciej. Bzdura. Mój posiada bowiem funkcję „zesram się a nie dam się” która blokuje wszelkie próby skutecznego rozłożenia. Owszem, jest podporą dla aparatu, oraz samego fotografa ale akurat ten istnieje w odmianie, której do dziś współcześni fizycy nie są w stanie opisać za pomocą modelu matematycznego. Jednonogi bandyta posiada również funkcję samoczynnego zawieruszania się gdzie bądź, a że kupiony był po taniości i dla przypału, nie posiada własnego lokalizatora GPS.

Powyższe przykłady pozwalają mi jednoznacznie stwierdzić spisek ukrywany przez rząd, Komisję Europejską i Polski Związek Hodowców Drobiu, którego ujawnienie może obalić System i spowodować ocieplenie klimatu. Mam przesrane po całości. Pozostaje pytanie czemu.

Zdjęcie autorstwa Pawła Świrka.