Jarka poznałam w dość nietypowych okolicznościach. Było to jeszcze w czasach, kiedy nie miałam pojęcia o fotografowaniu i nie odróżniałam przysłony od zasłony. Wpadł do Skawiny z kolegą w interesach.

– Znasz zespół Cztery Szmery, grają covery AC/DC? – zapytał.

– Nie znoszę AC/DC!

Tak zaczęła się nasza pierwsza rozmowa. Jakiś czas potem Szmery grały na Rynku Głównym w Krakowie na WOŚP. Pojechałam tam na Acid Drinkers i idąc od strony Floriańskiej zobaczyłam po drugiej stronie czerwoną gitarę i … puściłam się biegiem przez tłum. Do tej pory tak mi zostało.

Nie znoszę AC/DC ale uwielbiam Szmery. Pamiętam jak rozmawialiśmy po koncercie. Nie poznał mnie w pierwszej chwili bo byłam ubrana w srylion ciuchów. A On tam stał, siny i zamarznięty w skórzanej ramonesce. Potem zostałam regularną grupies Szmerów, z których zrobiłam sobie prywatny poligon doświadczalny.

Przez wiele miesięcy waliłam Jarkowi fleshem po oczach, a On ze stoickim spokojem zawsze powtarzał że „zdolna ze mnie dziołszka” i pomimo że za każdym razem zdjęcia przypominały murzyna na hałdzie węgla w ciemną, bezksiężycową noc mówił że mam talent.

Z kilku lat wspólnego koncertowania pamiętam kilka śmiesznych sytuacji – granie dla kozy, a właściwie kóz i barana (cała menażeria beczała przeraźliwie w czasie koncertu) i akcję przemycania mnie do fosy bez photopassa na Bardzo Ważnym Festiwalu, na którym fotografowałam jako … Piekarczyk.

Gdybym nie poznała Jarka, nie poznałabym Szmerów. Nie byłabym tym kim jestem, tu gdzie jestem. Nie miałabym w sobie tyle siły i odwagi. Ostatni koncert, na którym fotografowałam Jarka był dla Sprężyny. Nikomu z nas nie przyszło wtedy do głowy, że to ostatni raz.

Kiedy zamykam oczy widzę Go jak … skacze. Taki obraz zostanie mi do końca życia. Uśmiechnięty Jarek fruwający nad sceną w białych adidasach.

Takim Go zapamiętałam:

Jarka poznałam w dość nietypowych okolicznościach. Było to jeszcze w czasach, kiedy nie miałam pojęcia o fotografowaniu i nie odróżniałam przysłony od zasłony. Wpadł do Skawiny z kolegą w interesach.

– Znasz zespół Cztery Szmery, grają covery AC/DC? – zapytał.

– Nie znoszę AC/DC!

Tak zaczęła się nasza pierwsza rozmowa. Jakiś czas potem Szmery grały na Rynku Głównym w Krakowie na WOŚP. Pojechałam tam na Acid Drinkers i idąc od strony Floriańskiej zobaczyłam po drugiej stronie czerwoną gitarę i … puściłam się biegiem przez tłum. Do tej pory tak mi zostało.

Nie znoszę AC/DC ale uwielbiam Szmery. Pamiętam jak rozmawialiśmy po koncercie. Nie poznał mnie w pierwszej chwili bo byłam ubrana w srylion ciuchów. A On tam stał, siny i zamarznięty w skórzanej ramonesce. Potem zostałam regularną grupies Szmerów, z których zrobiłam sobie prywatny poligon doświadczalny.

Przez wiele miesięcy waliłam Jarkowi fleshem po oczach, a On ze stoickim spokojem zawsze powtarzał że „zdolna ze mnie dziołszka” i pomimo że za każdym razem zdjęcia przypominały murzyna na hałdzie węgla w ciemną, bezksiężycową noc mówił że mam talent.

Z kilku lat wspólnego koncertowania pamiętam kilka śmiesznych sytuacji – granie dla kozy, a właściwie kóz i barana (cała menażeria beczała przeraźliwie w czasie koncertu) i akcję przemycania mnie do fosy bez photopassa na Bardzo Ważnym Festiwalu, na którym fotografowałam jako … Piekarczyk.

Gdybym nie poznała Jarka, nie poznałabym Szmerów. Nie byłabym tym kim jestem, tu gdzie jestem. Nie miałabym w sobie tyle siły i odwagi. Ostatni koncert, na którym fotografowałam Jarka był dla Sprężyny. Nikomu z nas nie przyszło wtedy do głowy, że to ostatni raz.

Kiedy zamykam oczy widzę Go jak … skacze. Taki obraz zostanie mi do końca życia. Uśmiechnięty Jarek fruwający nad sceną w białych adidasach.

Takim Go zapamiętałam:

[/fusion_text][/fusion_builder_column]