Właśnie dobiegają końca doroczne imprezy studentów i wykładowców organizowane celem maksymalizacji zysków w branży monopolowej, co niezbicie dowodzi, że fotografowie z żalem opuszczą kluby i przeniosą się (chcąc nie chcąc) w plener.

Niektórzy zaliczają plenerowe festiwale jak dupy pod gimnazjum, w zasadzie tylko po to, żeby mieć się czym pochwalić na Fejsie. Nie ma znaczenia, że na większości skład i setlita powtarza się w 90% zaś Artyści (sądząc po zdjęciach) nawet się nie przebierają a jedyną różnicą jest ilość ilość Toi Toi i cena piwa. Weekend należy spędzić na festiwalu (choćby był to Festiwal Pierogów czy innego Sera) i obowiązkowo przywieść pierdylion zdjęć.

Koncert plenerowy różni się bowiem od klubowego kilkoma drobnymi szczegółami.

Na pierwszym zawsze pada. Nawet jeśli przez dwa poprzedzające go tygodnie Polska przypomina kalifornijską Dolinę Śmierci wraz z wejściem na scenę pierwszego zespołu na pewno nastąpi powódź, zlodowacenie, apokalipsa i armagedon. Podjęto nawet próby skontaktowania się z Thorem/Zeusem/Jowiszem/Teslą/Kubisiem Puchatkiem, żeby odkryć ten fenomen, ale zawsze podczas połączenia jest burza i nie ma zasięgu.

Uczestników imprez plenerowych charakteryzuje wybitna zdolność do przerabiania piwa na mocz. Tu odwrotnie jak w klubach propaguje się nawożenia gleby wyłącznie ludzkimi nawozami naturalnymi.

Scena (która w klubie sięga góra do cycków) w plenerze wystaje pół metra nad głowę fotografa, zaś perkusista siedzi na samym końcu i czai się za bębnami.

Żeby umilić życie fotografom, Organizator (poza kilkoma sporadycznymi przypadkami) zabrania przynosić drabin (być może mogło by to spowodować wyginięcie Orlika Grubodziobego w Biebrzańskim Parku Narodowym). Fotografowanie odbywa się wiec wyłącznie w tych krótkich momentach, gdy Artysta zwabiony radosnym „cip cip” podejdzie na moment na brzeg sceny.

W plenerze sex uprawia się gdzie bądź, bo jak powszechnie wiadomo w klubie do robienia miłości służy toaleta. Jednak  przez 29 lat jeżdżenia na koncerty nie spotkałam się z tym żeby ktoś zaryzykował ruchania się w tojtoju, gdzie żeby wejść, należy pobić rekord Guinnessa pod względem czasu trzymania się na jednym wdechu.

Grill i inne krematoria. Najczęściej wykonany z rdzewiejącej blachy nierdzewnej, złomu lub bębna od pralki. Ze względu na ogromne zainteresowanie zawartością górną część stanowi kratka kanalizacyjna lub półka z lodówki. Grill może być opalany węglem, miałem, koksem, bęzyną98 lub sianem. To akurat jest najmniej istotne. Najważniejsze by śmierdział srogo, najlepiej w pobliżu sceny. Powinien również srogo dymić.

Każdy plenerowy festiwal czy koncert ma dosyć podobny przebieg. W jednym miejscu spotykają się  metale, skiny, świadkowie Jehowy, punki, gimbaza, nerdy, blachary i przypadkowi ludzie z łapanki, którzy wygrali bilety, bądź dzięki szwagrowi, znaleźli się na liście gości. Publiczność przebiera się w bardziej odjechane stroje niż wykonawcy co powoduje u tych drugich długotrwałą traumę.

Nie pojmuję jednak jakiej cholery większość publiczności nosi wianki.

Na scenie, na bieżąco, zmienia się ekipa Artystów starających się zrobić dużo hałasu za pomocą przedmiotów przypominających instrumenty muzyczne. Między poszczególnym występami obowiązkowo (bez względu na rodzaj koncertu) śpiewana jest piosenka „Czek, czek” (w wersji polskiej znana bardziej jako „1,2,3 próba mikrofonu”). Spontaniczne występy między zespołami powodują takie obsuwy, że czasem główny headliner musi grać 3 dni po zakończeniu imprezy, w trakcje rozbiórki sceny.

Po skończonym koncercie, wszyscy zgodnie wychodzą na miasto niszcząc wszystko na swojej drodze oraz nawracając samobójców którzy wpadli na pomysł wyjścia z domu.

Jak donoszą lokalne media:

„Podczas „Kaszel Party” w pobliskim Lolkowie populacja kotów spadła w 2004 roku do zera, lecz z inicjatywy burmistrza zorganizowano zakup 1200 importowanych kotów z Tajwanu. Mają one znacznie szybszy refleks od dotychczas występujących na tym terenie oraz mieszczą się w węższych szczelinach między sztachetami. Tajwańskie koty jak na razie nieźle radzą sobie z uczestnikami festiwalu.”

Najlepszą plenerową imprezę w tym roku zorganizuje nam jednak Papież („a po maturze chodziliśmy na burrito”) Franciszek. Oczywiście czekam z ogromną niecierpliwością, a zdjęciunia będę wrzucać na Facebook garściami. Tyle, że to temat na kolejny wpis. Tymczasem do zobaczenia w plenerze.