Fotografia koncertowa jest jedną z najbardziej wymagających dziedzin fotografii. Niestety obiekty pozostają zazwyczaj w nieustającym ruchu, zaś Panowie oświetlający całe wydarzenie albo robią wszystko, żeby utrudnić fotografom pracę, albo idą na piwo zapominając włączyć światło.Dochodzi do tego presja czasu i miejsce z którego można fotografować.

Organizator wraz z managementem zrobią wszystko, żeby utrudnić Ci życie: postawią Cię na podeście 100 metrów od sceny, pozwolą fotografować pierwsze 30 sekund koncertu albo wydadzą rozporządzenie o zgaszeniu światła do momentu wyproszenia fotografów.

Zwyczajowo fotografuje się pierwsze trzy utwory, ale niech Cie to nie zmyli drogi czytelniku, bo jeśli trafisz na hard-corowy koncert, może się okazać że czasowo wyjdzie to około minuty. Jeszcze gorzej jeśli trafi się koncert bez fosy (miejsca oddzielającego barierką scenę od tłumu, który dzielimy z ochroniarzami i ludźmi spadającymi nam bezpośrednio na głowę).
Jeśli fotografujesz z tłumu masz ogromną szanse że po pierwsze nie sfotografujesz niczego, po drugie stracisz aparat (i zęby), ewentualnie wyjdziesz w niekompletnej garderobie.

Oczywiście i tutaj jest mały haczyk. Fosa nie jest z gumy, więc nie możemy tak po prostu do niej wejść i fotografować. Praktycznie na każdym koncercie (o ile nie jest bezpłatny festyn z okazji Dni Pcimia Górnego, na którym Twój wujek w roli gwiazdy gra na pile) rządzi się swoimi prawami. Nie wolno tak po prostu wnosić aparatów z wymienną optyką. Do tego potrzebna jest zgoda Organizatora, określana magicznym słowem „akredytacja”. Zasady wydawania tejże są proste jak konstrukcja cepa: im większa gwiazda, tym mniej ludzi ją dostaje. Ponadto należy się o nią ubiegać, a proces ubiegania jest tym dłuższy, zawiły i niezrozumiały dla przeciętnego zjadacza chleba im większego Artystę fotografujemy.

Należy nadmienić również że 99% koncertów fotografuje się bez lampy, więc z reguły należy zacisnąć zęby i zmówić litanię do Świętego Pierdzisława Patrona Fotografów. Innego wyjścia nie widzę.

Co zatem począć jeśli uparcie pragniesz zostać kolejną gwiazdą fosy?

Kup jasne szkło, a właściwie szkła, bo musisz być przygotowany na każdą okoliczność.
Przyjaciółka stałka uratuje Ci życie w każdym ciemnym klubie, gdzie w oparach alkoholowego i papierosowego dymu, po wywąchaniu azymutu odnajdziesz (albo i nie) na scenie Artystę.

Po drugie teleobiektyw. Kolega teleobiektyw pozwoli Ci w klubie zrobić co najwyżej lobotomie perkusiście, ale na każdym plenerowym koncercie będzie Twoim idealnym towarzyszem podróży.
Po trzecie: obiektyw szerookątny. Dzięki niemu pokażesz innym jak wielu ludzi przyszło (bądź nie przyszło) na wydarzenie.

Trzy ważne rzeczy o których musisz pamiętać to: wysokie ISO, pomiar światła wybierany między punktowym albo centralnie ważonym i zapis w formacie RAW. Od razu uprzedzam, że opublikowanie dobrego zdjęcia bez wcześniejszej obróbki jest równie prawdopodobne jak lądowanie Nigeryjczyków na Marsie.
Tutaj należy również nadmienić że profesjonalna obróbka zdjęć odbywa się przy pomocy odpowiednich programów, bo zabawy z Paintem w dużej mierze kończą się tragicznie.

Co jeszcze?
Czekaj z ręką na „spuście” na chwile pełne dynamiki i ekspresji. Nie sznuruj butów i nie wysyłaj smsów gdy Artysta radośnie wyskakuje zza perkusji robię podwójne salto nad publiką. Nie fotografuj również wtedy, gdy wokalista stoi jak żona Lota, stroi gitarę, albo grzebie przy wzmacniaczu stojąc tyłem (no chyba że ma coś magicznego do pokazania).

Staraj się uchwycić moment, atmosferę, dziwną minę, czy falujący biust. Cokolwiek, co potem chwyci za serce potencjalnego odbiorcę. Nie rób samych portretów lub tylko i wyłącznie zdjęć całej sceny. Czasem okazuje się, że lepszym obiektem jest towarzyszący Artyście basista, który przez cały koncert robi swój własny show, strojąc miny jak małpa i wymachując nogami.

Rzecz ostatnia. Jeśli twoja droga dopiero się zaczyna rób zdjęcia serią.
Jeśli siła wyższa się nad tobą zmiłuje, jedno z serii wyjdzie ostre.

Zdjęcie: Paweł Świrek